• Kamila Szymańska

Historia narodzin Łucji

Zapraszam Cię do przeczytania historii narodzin małej Łucji, którą powitałam na świecie razem z Położną Anną Sochańską.


Zapewne znasz wiele mrożących krew w żyłach opowieści porodowych. Ta dla odmiany jest bardzo pozytywna i jeśli nawet nie rozważasz porodu domowego to warto ją przeczytać, by "odczarować poród". Bo poród może być wspaniałym przeżyciem!

Oto ona:


(Relacjonuje mama Łucji)

"Witam wszystkich, Chyba nadszedł czas by podzielić się doświadczeniem z naszych narodzin... czuje, ze jestem to winna sobie.


Łucja urodziła się 5. września 2019 r. Razem z nią narodziłam się Ja, ponownie jako matka, jako nowa, silna i niezależna kobieta. Poród zaczął się o 3 w nocy, wtedy tez dostałam pierwszych skurczy i wiedziałam, że akcja porodowa idzie w dobrym kierunku. To był 41 tydzień i 6 dzień ciąży. Byłam zdecydowana, ze rodzę w domu. Stał basen, były świece i wszystko przygotowane już od miesiąca. Czekałam na nią. Czekałam i czekałam. Nie do końca byłam pewna, ze to będzie „ona”, bo nie chciałam znać płci dziecka z USG, aż do samych narodzin. Jednak pamiętam taką iskierkę we mnie, jakby wtedy kiedy zagnieździło się jajeczko i ona powiedziała do mnie - Mamo! Jestem! Jestem dziewczynką!

O 3:30 już widziałam, ze skurcze nie dadzą mi zasnąć. Wstałam nie budząc męża, ani nikomu nic nie mówiąc. Poszłam do łazienki, zapaliłam świece i napuściłam cieplej wody do wanny. Tam spędziłam dłuższą chwile, polewając brzuch wodą i rozkoszując się ciszą. Chciałam być sama, jak najdłużej. Nawet nie poinformowałam położnej co się dzieje. Dałam nam czas. Wiedziałam, że wszystko będzie tak jak trzeba.


Wyszłam z wanny, założyłam na siebie przewiewną sukienkę i poszłam do pokoju, gdzie również rozpaliłam świece i włączyłam muzykę relaksacyjną. Słuchałam „Om mani padme um” i podziwiałam wschód słońca. Zapowiadał się piękny, letni dzień. Na niebie małe różowo-fioletowe obłoki przesuwały się delikatnie, powoli. Tak jak ja, kołysałam się na piłce, delikatnie, powoli, poddałam się swojemu ciału.


Dochodziła 6 rano. Zdałam raport mojej położnej. Skurcze były regularne, kilka minut odstępu. Miała do mnie 120 km, jakieś 1,5 h drogi z Wrocławia, ale nadal czułam się bezpiecznie. W każdej chwili mogła dojechać do nas położna asystująca, która była na miejscu w Sieradzu. Postanowiłam jeszcze pobyć sama. Było mi dobrze. Czekałam aż starszy syn wstanie i umówiłam się z położną, że wyjedzie około 8 z Wrocławia. Basen czekał napompowany, mieliśmy patent na lanie wody prosto z kranu, by nie nosić wiader. Był w oddzielnym pokoiku, razem ze świecami i lampeczkami, gdyby poród miał się odbyć w nocy.

Starszy brat wstał, usmażyłam mu racuszki na śniadanie, przykucając przy kuchence w każdym skurczu - byłam dzielna. Wysłałam syna do szkoły i niedługo po tym pojawiła się Kamila, a zaraz po niej, Ania z Wrocławia.

Poród postępował, Ania zbadała rozwarcie. Było 6 cm - czekałam na kryzys siódmego centymetra - nie nastąpił. Czas mijał w towarzystwie. W międzyczasie wpadła sąsiadka i zaplotła mi warkocze bym nie wyglądała jak kocmołuch. Ja spędzałam te chwile na piłce, zwalniając rozmowę przy każdym skurczu.


Starszy syn wrócił ze szkoły, była około 12. Wspólnie napełniliśmy basen wodą. Weszłam. Dostałam drugie życie. Woda to mój żywioł. Mijały kolejne skurcze, każdy coraz bardziej i dłużej. Zmieniałam pozycje, wszyscy byli przy mnie. Poza starszym synem, który poszedł na płac zabaw. Podawali mi izotoniczny napój własnej roboty. Nagle czuję, że pękł pęcherz płodowy - krzyczę „Wody” - na to Kamilka biegnie z napojem... „odeszły” - wystękałam. Były przejrzyste. Wcześniej bałam się, ze nie będą, że nie uda mi się urodzić w domu... w tamtej chwili już o tym nie myślałam. Tak ufałam sobie, ze byłam pewna szczęśliwego zakończenia.



I słusznie, bo od momentu kiedy pojawiła się główka, minęło może kilka skurczy - fakt, bałam się ją puścić. Troszkę już panikowałam w obawie, ze pęknę, ale udało się!

14:22 Mała wyskoczyła. Prosto w moje ramiona. Była owinięta pępowinką. Ania szybko to odczarowała. Tuliłam ją w drżących ramionach. Cała drżałam. Mała płakała. Byłam w takim szoku, że nie myślałam nawet o sprawdzeniu płci, której przecież nie znałam aż do tego momentu. Nagle Ania mówi - „sprawdzicie płeć”!


Dziewczynka!



Planowaliśmy poród lotosowy. Mała miała przy sobie łożysko przez 3 dni. Jest naszym cudem! Udało się! Mimo strachu, że nie podołam, że badania nie pozwolą. Udało się spełnić moje marzenie i urodzić córkę w domu. Wam tez tego życzę. Wyobrażajcie sobie szczęśliwe zakończenia, to bardzo pomaga.


Łucja - urodzona o świcie


Kocham ją całym sercem."


Kto wytrwał do końca niech koniecznie zostawi komentarz pod postem dla mamy Łucji za podzielenie się tą historią i za jej niesamowitą wiarę w swoje kobiece siły! <3 <3 <3


PS. Zobaczcie jak nas pilnowały zwierzaki!



112 wyświetleń0 komentarzy

Ostatnie posty

Zobacz wszystkie